Uzytkownik: nie zalogowany

Recenzja książki Jerzego Stempowskiego "Zapiski dla zjawy. Zapiski z podróży do Delfinatu"

MAREK KLECEL

Nieznany dziennik Jerzego Stempowskiego

Nieznany dotąd dziennik Jerzego Stempowskiego, wybitnego pisarza eseisty, odnaleziono niedawno w Szwajcarii. Pochodzi on z czasów wojny, gdy Stempowski, uciekając przed wojskami sowieckimi we wrześniu 1939 roku przedostał się pieszo przez Karpaty i dotarł na Węgry. Przeszedł przez góry ze Stanisławem Vincenzem, który powrócił później, by zabrać rodzinę i został złapany przez Rosjan pod swoim domem. Była to zapewne najtrudniejsza z licznych podróży Stempowskiego, bo ledwie uszedł z niej z życiem. Schorowany i słaby, z pomocą przyjaciół, dotarł w 1940 roku do Szwajcarii. W późniejszych esejach z tomów Eseje dla Kasandry czy Od Berdyczowa do Rzymu zawarł doświadczenia świadka klęski totalnej, która odwróciła bieg dziejów i zburzyła porządek Europy na dalsze półwiecze. Napisał je człowiek, który przeżył katastrofę, ale nie może jej zapomnieć. Żyje, ale odtąd patrzy stale na świat z jej piętnem.

Odnaleziony teraz dziennik, który ukazał się pt. Zapiski dla zjawy, powstał w dość niezwykłych okolicznościach. Tytułowa zjawa to nie poetycka przenośnia, a rzeczywista postać nieżyjącej już Ludwiki Rettingerowej, przyjaciółki Stempowskiego. Pisarz opiekował się nią podczas długotrwałej choroby. Zmarła na raka prawdopodobnie w 1939 roku, właśnie podczas ucieczki z Polski, bo rok później Stempowski zapisał w swym dzienniku: "Złe dni następują jeden po drugim. Zeszłego roku tegoż dnia opuściłem dom przemytnika w Łuchach, po ostatniej próbie odszukania Ludwiki. Od paru dni nękały mnie wtedy złe przeczucia, jakby świadomość jej zgonu". Klęska osobista Stempowskiego zbiegła się z klęską powszechną, obie dosięgły go naraz.

Zapiski dziennika nie są, jak można by się spodziewać, żałobnym komentarzem tej straty, lecz jakby dalszym ciągiem rozmowy autora z utraconą osobą, rozmową przedłużoną poza śmierć, zwierzeniem przywołującym obecność zmarłej, ale, wiadomo, pozostanie już tylko monologiem pisarza: "Towarzyszyła mi wierna i jak zwykle nieco smutna zjawa Ludwiki. Ze spokojem przyjmowała moje dywagacje. (...) Sprawiała wrażenie, że podążała za moimi słowami, jak podąża się zakosami górskiej ścieżki".

Zapiski Stempowskiego są tym bardziej przejmujące, że wydają się jakby ściszone, stłumione, powściągliwe: "Wszedłszy w okres ostatecznej samotności, nie mam teraz innej kompanii, jak jej zjawa, jej cień. Chyba zresztą wolę to od wszelkiego innego towarzystwa. Dawniej, chcąc ją rozerwać, komentowałem wydarzenia, książki, sztuki teatralne, wymyślałem malownicze przechadzki. Teraz już nie ma potrzeby. Nadszedł dla mnie czas wytchnienia od zbędnych słów. Ale odkąd jej zjawa zaczęła mi towarzyszyć, powinienem nadal mówić do niej łagodnie, jak przystoi zwracać się do cienia. Muszę jej zatem wyjaśnić, jak dawniej, że próbuję zrozumieć to, co wciąż się przydarza mojej świadomości. Do tego posłużą niniejsze uwagi".

A nie są to tylko uwagi intymne, nie jest to dziennik całkiem prywatny. Stempowski nie był pisarzem uprawiającym radosną twórczość, pisanie dla bycia pisarzem, pisał z konieczności, wtedy, gdy to było niezbędne, ważne i komuś potrzebne. Nie pisał dla siebie ani o sobie. Uważał, że pisarstwo, które nazywał tylko "czernieniem papieru", a więc zajęciem bez nadzwyczajnych względów i splendorów, powinno mieć swoje uzasadnienie, a nawet usprawiedliwienie. Pisał więc niewiele, ale wszystko, nawet drobne zapiski poprzedza jego wszechstronna wiedza, znajomość rzeczy, erudycja, a także osobne studia nad większymi tematami, które podejmował, słowem, wielkie przygotowanie i odpowiedzialność za słowo, o czym nie mamy już dziś większego pojęcia. Stempowski jest poniekąd reliktem, oczywiście w dobrym sensie tego słowa, dawnej, wielkiej kultury europejskiej, reliktem, bo ta kultura, o której tyle się mówi, coraz mniej jest znana, potrzebna, niezbędna do życia.

Stempowski prowadzi swe zapiski dla zmarłej, dla jej pamięci, ale jest to również, a przynajmniej tak może być odczytane przez czytelników, pewien pretekst do ważnych wypowiedzi, których domagały się okoliczności, a które zaspokajałyby także, by tak rzec, potrzeby żywych. Bo o czym opowiada swej zjawie: o "historii zerwanej z łańcucha", jak to sam nazywa, o katastrofie, w której środku się znalazł i musi żyć. Wyrwał się wprawdzie z jej epicentrum i zajął nawet bezpieczniejszy punkt obserwacyjny, ale nie jest wyłączony z gry, inaczej tylko bierze w niej udział. Chce zrozumieć tę ciemność, która zapadła nad Europą i stara się przewidzieć przyszłość, czy stawiać na nadzieję? Był sceptyczny, w Eseju dla Kasandry przewidywał najgorszy obrót rzeczy. Nie doczekał już tego, by po wielu latach ten zły obrót rzeczy się odwrócił i by jego zapiski dla zmarłych zostały odczytane przez żywych następców.

Na kartach dziennika Stempowskiego splata się więc jego historia osobista z historią powszechną. Po roku trwania wojny, 3 września 1940 r. notuje: "Wieści nadchodzące z Polski są zdecydowanie złe. Pod okupacją rosyjską mówi się tylko o aresztowaniach i wywózkach na Syberię. Listy wywiezionych to jeden krzyk rozpaczy. Zabrani w lecie w lekkich ubraniach i są przekonani, że zimą poumierają z zimna. Ci, którym udało się zabrać zimowe ubrania, musieli je posprzedawać, żeby kupić chleb. Wszyscy głodują". Nie biorąc udziału w działaniach wojennych, Stempowski gromadzi jednak wszystkie o nich wiadomości, analizuje je, stara się przewidzieć bieg wypadków i ich skutki. Wnikliwiej od innych może obserwować cały mechanizm katastrofy. Z przenikliwym dystansem opisuje zachowania Niemców: "Wszystkie te środki, zmierzające do upokorzenia Polaków i Żydów, dobrze pokazują dziecinny i groteskowy charakter całego przedsięwzięcia. Niemcy jako siła duchowa i jako Kulturvolk znaleźli się na najniższym szczeblu, poniżej Serbów i na równi z bolszewikami, i teraz zajmują się zajmowaniem uprzywilejowanych miejsc w warszawskich tramwajach. Marna zamiana! Chciałoby się powiedzieć, że zadowalają się byle czym.

Wydaje się, że cała ta bezsensowna gwałtowność Niemców jest chorobliwym objawem poczucia niższości, łagodzonym chwilowo bezwartościowymi rekompensatami, które na dłuższą metę tylko jątrzą dręczące ich wątpliwości".

Dołączone do dziennika krótkie Zapiski z podróży do Delfinatu są z kolei relacją, dość szczątkową, o kontaktach Stempowskiego z ruchami konspiracyjnymi, francuskim i polskim, powstającymi na terenie okupowanej Francji. To mało znana strona działalności pisarza, której w tych zapiskach pozostały tylko ślady.

Na początku swych zapisków, gdzie je poniekąd uzasadniał i objaśniał, w sierpniu 1940 roku zapisał: "Jeśli pewnego dnia przestanę je notować, będzie to dowodem, że kochana zjawa, dla której je spisuję, znikła i że nic mi już nie potrzeba". Ten dzień nastąpił 10 lutego 1941 roku, na nim zapiski Stempowskiego się urywają...

Zapiski dla zjawy  
Jerzy Stempowski
Prywatny dziennik prowadzony przez Stempowskiegow w latach 1940-1941, a odnaleziony przed kilkoma laty w Szwajcarii.
wydawca: Noir Sur Blanc | ilosc stron: 91 | oprawa: miekka | cena: 10.80 USD

strona glowna

Masz problem? Wypelnij formularz | Copyright © 2002-2004  ksiazkionline.com. Opracowanie 2n Publishing