Uzytkownik: nie zalogowany

Recenzja książki Leopolda Ungera "Wypędzanie szatana"

MICHAŁ OSIECIMSKI

Unger w "Kulturze"

Czy Leopold Unger, oby jak najdłużej aktywny publicysta Gazety Wyborczej, a wcześniej paru znanych na Zachodzie tytułów prasowych, może mieć coś wspólnego z... Bohdanem Chmielnickim? Tak, tak, tym samym kozackim hetmanem, którego trochę opacznie przybliżył nam Sienkiewicz? Otóż - choć to dosyć dziwaczna paralela - nie tylko może, ale ma! Ci dwaj panowie są ni mniej, ni więcej, tylko... kolegami szkolnymi. Obaj uczęszczali do gimnazjum we Lwowie. Tyle tylko, że Unger o trzysta ileś lat później i nie do jezuickiego, jak Chmielnicki, lecz żydowskiego. Nie zapędzając się w ryzykowne dywagacje nad możliwymi konsekwencjami tego przypadkowego dosyć związku, powiem tylko, że dowiedziałem się o nim od samego Leopolda Ungera z jego książki pt. Wypędzanie szatana, wydanej w 2005 r. przez Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Książka ta jest zbiorem artykułów, pisanych pod pseudonimem Brukselczyk, które ukazały się na nobilitujących każdego publicystę łamach Kultury - tej od Redaktora oczywiście - i na pewno nie należy do tych, które można przeczytać jednym tchem, a następnie odstawić na półkę, żeby już nigdy do niej nie wracać. Jeszcze przez wiele lat warto będzie do niej zaglądać choćby po to, żeby sprawdzić, w jakim kierunku potoczyły się opisane tam sprawy, których sami byliśmy i wciąż jesteśmy świadkami, bowiem to dosyć opasłe (440 stron) tomisko zawiera wybrane przez autora artykuły pisane na przestrzeni ostatnich trzydziestu lat ze szczególnym uwzględnieniem jednak ostatniej dekady ubiegłego wieku.

Weźmy pierwszy z brzegu przykład. Niech to będzie niedawna pomarańczowa rewolucja na Ukrainie. Kto może tego nie pamiętać? A teraz weźmy do ręki książkę Ungera i zaglądając na stronę 327, do rozdziału "Za miedzą", cofnijmy się dziesięć lat wstecz do Kijowa (art. Na końcu czego leży Ukraina?), w którym tylko dwie rzeczy funkcjonują normalnie: mennica państwowa, produkująca góry karbowańców (1dolar = 40 tys. karbowańców) i prywatny transport miejski, czyli po polsku jazda na łebka. Wszystkie inne przejawy życia społecznego albo się walą, albo już dawno leżą. Wydaje się, że przeprowadzanie w tych warunkach powszechnych wyborów do parlamentu to kpina ze zdrowego rozsądku - jakiż bowiem umęczony trudami życia naród znajdzie w sobie wolę odwrócenia złego losu i masowym udziałem w wyborach zaświadczy, że potrzebna mu wolność i demokracja? Ukraińcy tę wolę wykazali, co pozwoliło Brukselczykowi, świadkowi tamtych wyborów, wbrew ponurej rzeczywistości prorokować optymistycznie, że ten naród upomni się o swoje prawa. No i miał rację.

Albo, korzystając z prawa wolności czytelniczej, wróćmy na początek książki, do spraw jeszcze nam bliższych - polskich. W rozdziale "Puste cokoły" znajdziemy zestawienie komentarzy wydarzeń politycznych z zarania III Rzeczpospolitej, pisanych w okresie lat 1990-95. Z najlepszej z możliwych pozycji - ex post, łatwo jest się wymądrzać, ale mało jest takich, którzy tak jak Unger mają pełne prawo do użycia hasła marzeń wszystkich komentatorów: "a nie mówiłem!". Fakt, Unger mówił. O Wałęsie - konkludując, że król jest nagi, pisał między 14 a 17 czerwca 1990, a więc wtedy, kiedy kto żyw jeździł do Gdańska, głównie po to, żeby się sfotografować z legendarnym elektrykiem. I, uwaga, uwaga, o dzisiejszych ludziach z pierwszych stron gazet pisał wtedy tak: "Nie należy braci Kaczyńskich demonizować, ale odniosłem wrażenie, że pod wpływem ich, nazwijmy ją, niecierpliwości, Wałęsa popełnił i nadal będzie popełniał błędy czy gafy". Przytoczmy jeszcze jedno zdanie z artykułu W dreszczach egzorcyzmów, w którym autor komentuje sławetne wybory, w których chyba tylko cud uratował nas przed popełnieniem wszechświatowej megagafy: "Po pierwsze więc, społeczeństwo nie tylko wolno, ale należy - w przenośni naturalnie - obrażać. Taka jest właśnie misja klasy politycznej, prasy, intelektualistów, pisarzy. W Polsce roku 1990 ani prasa, ani klasa polityczna, ani w ogóle nikt tej misji nie wypełnił. Rezultat jest znany. Wybory w Polsce przegrali wszyscy. Wałęsa bardziej od Mazowieckiego, najbardziej klasa polityczna, która pojęcia nie miała o tym, co się dzieje i co myślą ludzie w kraju. Gdzie był ten słynny instynkt Wałęsy? Gdzie była prasa? Instynkt miał tylko Tymiński". Czy od tamtych czasów zmieniło się wystarczająco dużo, żeby przestały nam grozić rządy przygłupich oszołomów i populistów wszelkiej maści?

W lidzie tego samego artykułu, z którego zaczerpnąłem do dzisiaj niestety trafną opinię o polskiej rzeczywistości politycznej, Unger cytuje notatkę, z której dowiadujemy się, że biskup Władysław Niziołek poświęcił nową siedzibę banku PKO BP. Akt poświęcenia nowoczesnego banku jest istotny, ponieważ został on zainstalowany w gmachu byłego KC PZPR w Warszawie. Było to więc klasyczne wypędzanie szatana. Ale można przypuszczać, że nie tylko o takie Wypędzanie szatana chodziło autorowi, kiedy wybierał taki właśnie tytuł zbioru swoich artykułów. Szatanem najbardziej piekielnym, z którym walczy w swojej publicystyce Unger, jest wszelka ksenofobia ze szczególnym, rzecz jasna, uwzględnieniem antysemityzmu. Dostrzega go wszędzie, gdzie tylko się pojawia, nie tylko w Polsce, ale i we Francji, i w Austrii, w Rosji i na Ukrainie, w reakcji świata na zamach terrorystyczny na sportowców izraelskich podczas olimpiady w Monachium i w wielu formach działania, czy też, jak to przedstawia, inercji ONZ i jej instytucji ("Zawsze stosowana jest w UNESCO podwójna miara: Izrael, Chile czy Afryka oraz już stale, USA to złe, a nawet bardzo złe. Gdzie indziej 'szerszy kontekst społeczny' wszystko tłumaczy. Na przykład gułag w ZSRR, bo tam nie ma bezrobocia... W 1975 roku najkonkretniejszym rezultatem konferencji UNESCO była uchwała utożsamiająca syjonizm z rasizmem. Innych zmartwień w dziedzinie nauki, kultury i oświaty UNESCO wtedy nie miała". Cyt. Z art. Podanie, rozdz. "Świat do wymiany", s. 282). Przy okazji: trudno powiedzieć, czy to akurat jawna i szczera niechęć do ONZ, jaką łatwo w dziennikarstwie Ungera zauważyć, nie spowodowała, że przemieścił on gmach tej instytucji znad East River nad rzekę Hudson, dzięki czemu z najwyższego piętra tego gmachu można rzekomo dojrzeć Statuę Wolności ("Świat do wymiany", s. 272).

Znając już wielką erudycję Leopolda Ungera, jego nadzwyczajną spostrzegawczość i trafność ocen, chciałoby się poznać jego opinię nie tylko o samym plugawym zjawisku antysemityzmu, ale i o jego źródłach i przyczynach. A może już są takie opinie, a kolejny zbiór felietonów czeka na wydanie?

Wypedzanie szatana  
Leopold Unger
"Komentarze Ungera, regularnie drukowane na lamach "Gazety Wyborczej", wpisuja sie juz w drugie jego zawodowe pólwiecze. I ciagle wypedzaja tego sameg...
wydawca: UMCS | ilosc stron: 440 | oprawa: twarda | cena: 34.20 USD

strona glowna

Masz problem? Wypelnij formularz | Copyright © 2002-2004  ksiazkionline.com. Opracowanie 2n Publishing